sobota, 31 marca 2012

ROZDZIAŁ DRUGI.


Serce mocniej mi zabiło.
– Twój tata..- zaczęła mama. Od razu wyobrażałam sobie najgorsze. Nagle w progu stanął ojciec. Cały i zdrowy. Nerwy trochę odpuściły, nic mu się nie stało.
– Majka, córeczko, razem z mamą postanowiliśmy, że się wyprowadzę.- przejął temat tata. – Po prostu się nie kochamy – tłumaczył mi jak pięciolatkowi. Starałam się ogarniać emocje, ale w końcu nie wytrzymałam.
 – nie jestem dzieckiem, nie musisz mi wciskać bajek! Lepiej od razu powiedz, że przeleciałeś sekretarkę i po kłopocie!- Wybuchłam. Oboje patrzyli na mnie, jak na kosmitę. Wiedzieli, że mam cięty język, ale takim słownictwem jeszcze nigdy się przed nimi nie pochwaliłam. Opuściłam głowę czekając na karę. Jednak nic nie powiedzieli.
 – To nie tak, myszko. To nie ojciec, tylko ja..- szepnęła mama popłakując. Tego było za wiele. Za dużo, jak na jeden dzień. Wstałam i pokierowałam się na górę, do swojego pokoju, całując w progu tatę w policzek. Spojrzałam jeszcze raz na tą okropną kobietę. Ukryła twarz w dłoniach i głośno płakała. Najpierw się puszcza, a później oczekuje ode mnie pocieszenia. To przykre. Opadłam bezsilnie na łóżko. Chwilę później wskoczył mi na brzuch Shavo cicho mrucząc. Pogłaskałam go po łebku i pozwoliłam łzom popłynąć po policzkach. Usłyszałam dźwięk odpalanego silnika. Tata odjechał.
– Nie mogę tu zostać. Nie z tą kobietą. – szepnęłam sama do siebie. Szybko obmyśliłam plan. Wyciągnęłam z szafy torbę i spakowałam większość ciuchów.
– Shavo. Co z nim zrobić? Nie zostawię go tutaj. – głowiłam się. Przypomniałam sobie, że mam starą klatkę dla kota. Poszłam po nią na zimny i ciemny strych. Była schowana w kartonie i starannie opatulona kocem, więc niedługo męczyłam się nad czyszczeniem jej. Wyłożyłam ją w środku ciepłym, miękkim kocykiem, by mój pupil nie zmarzł. Zamknęłam walizkę, położyłam Shavo w klatce i zeszłam na dół. Siedziała w salonie, piła kawę i czytała jakąś książkę. Stanęłam w drzwiach, a ona łaskawie raczyła zwrócić na mnie uwagę. Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
– Wyprowadzam się – powiedziałam. Matka od razu zaczęłam ryczeć. Nie ruszyło mnie to.
– Majeczko, proszę cię, zostań! – szlochała.
– Ja już postanowiłam. Jadę do dziadków. Do rodziców taty. Raczej nie odważysz się tam przyjechać. Proszę nie dzwoń. Może kiedyś ci wybaczę. Cześć. – powiedziałam i po prostu wyszłam zostawiając ją samą. Może i byłam okrutna i oziębła. Ale to jej wina. Wolnym krokiem ruszyłam na przystanek autobusowy. Sypał śnieg, ale na szczęście autobus przyjechał szybko. Kupiłam bilet i udałam się na tył autobusu. Na siedzeniu obok ostrożnie położyłam klatkę z przestraszonym kotkiem. Delikatnie pogłaskałam go po łapce. Droga do dziadków to około 40 minut. Mieszają w małej wiosce. Rozplątałam słuchawki i włożyłam je do uszu. Słuchając jednej z piosenek Adele wpatrywałam się w zimowy obraz za oknem. Znów zaczęłam płakać. Szybko otarłam czarne od tuszu łzy. Nie mogę płakać. Przynajmniej nie tutaj. Po kilku piosenkach mojej ulubionej wokalistki byłam na miejscu. Z przystanku do domu dziadków było ok. 10 minut drogi, które przeszłam szybko, jednak zmarzłam cholernie. Nacisnęłam dzwonek do drzwi. Po krótkim oczekiwaniu otworzył mi dziadek Antek wydając z siebie tylko ‘Majka?! Co ty tu?’. Przestraszył się jeszcze bardziej, gdy zauważył moją wielką torbę. Wykrzywiłam usta w uśmiechu. Przez ramię zajrzała mu babcia Maria, wydają z siebie radosny okrzyk zdziwienia.

czwartek, 29 marca 2012

ROZDZIAŁ PIERWSZY.


Biorąc szybki łyk kawy pospiesznie wybiegłam z domu. Oczywiście jak zwykle spóźnię się do szkoły.  Prawie, że galopem przebiegłam cały dystans, dzielący ten okrutny budynek i mój dom. Wpadłam do klasy dziesięć minut po dzwonku, mruknęłam pod nosem ‘przepraszam’ i usiadłam w ostatniej ławce obok Dominiki.  Ta zaraz po moim rozpakowaniu się podsunęła mi karteczkę z napisem: ‘ile to się kurwa można spóźniać?’  I posłała mi wyszczerz, na który zareagowałam głupim śmiechem. Na szczęście polonistka puściła to mimo uszu.  Wyciągnęłam zeszyt z rysunkami, które bazgrolę na lekcjach. Wszyscy wręcz zachwycają się moimi rysunkami a ja nie widzę w nich nic szczególnego. Zwyczajna metoda na szkolną nudę.  No, ale cóż.  Włożyłam słuchawki do uszu i zaczęłam ‘tworzyć’.  Dzięki temu lekcja zleciała w oka mgnieniu. Zaczęła się przerwa, na którą czekałam od wczorajszego wieczoru. Tak bardzo tęskniłam za jego osobą. Szybko rzuciłam plecak pod klasę i poszłam usiąść na parapecie, naprzeciwko drzwi od klasy, w której miał kolejną lekcję. Siedział tam. Razem z kumplami śmiał się i wydurniał.  Wpatrywałam się w niego jak w obrazek.  Chyba poczuł mój wzrok na sobie i spojrzał na mnie. Tymi swoimi pięknymi, piwnymi oczami.  Poczułam motyle w brzuchu i gorąco na policzkach. Wytrzymaliśmy nadzwyczaj długo. I oczywiście ja pierwsza odwróciłam wzrok. Jak zawsze. A obiecałam sobie, że teraz to on pierwszy się speszy. Zadzwonił dzwonek, więc przerwałam moje żale. Reszta zajęć szybko zleciała. Przerwy spędzałam głównie na wypatrywaniu go, a lekcje na myśleniu o nim i rysowaniu.  Jak zazwyczaj.  Kocham go cholernie mocno, nakręcam się każdym jego spojrzeniem. Wiem, że kiedyś będzie mi obojętny, może mnie zrani.  Ale teraz był najważniejszą osobą. W sumie, to się nie znamy.  A mi to nie przeszkadza.  Zadzwonił ostatni dzwonek, powoli wyszłam z sali pełnej grozy – z lekcji historii. Rozmawiając z Niką ruszyłyśmy w stronę szatni. Jak się okazało było tam małe zamieszanie. Jak się później okazało – duże.  Dwóch drugo licealistów pobiło się.  Nikt nie wie, o co poszło. Po obydwu przyjechała karetka. Połamali sobie nosy i tyle. Dopiero, gdy spytałam się świadków, kto się lał oniemiałam. Mój były chłopak – Daniel i mój obecny obiekt westchnień - Krzysiek. O co mogli się pobić? To pytanie dręczyło mnie całą powrotną drogę do domu.  Nawet słuchawki nie pomogły, ba – o mało, co nie wpakowałam się pod auto.  W końcu udało mi się dotrzeć do domu. Szybko zdjęłam kurtkę i buty, które niedbale otrzepałam z puszystego śniegu. W kuchni czekała na mnie gorąca herbata. O, jak miło. Popijając cieplutki napój rozmyślałam o tym, co stało się trochę ponad pół godziny temu. Najchętniej poszłabym do szpitala, odwiedzić Krzysia, spytać jak się czuje, poprawić kołdrę, pogłaskać po jego brązowej czuprynie, pocałować i wyjść. Najgorsza była świadomość tego, że jest to nierealne. Moje rozmyślania przerwał mój kot – Shavo, który wskoczył mi na kolana milutko mrucząc. O mało, co nie wylałabym na niego herbaty. Chwilę potem weszła do kuchni mama. Usiadła naprzeciwko mnie ze smutną miną. 
– Kochanie, muszę powiedzieć ci coś ważnego. – Powiedziała smętnie.

wtorek, 27 marca 2012

od siebie.

Jeny, co ja robię. Usunęłam wszystkie wpisy, bo sądziłam, że są po prostu beznadziejne. Wybaczcie mi to ;) chciałabym pisać z powrotem to opowiadanie, tylko bądźcie mi motywacją i napiszcie jakiś miły komentarz, że jest sens to dalej ciągnąć. A, jeszcze jedno. Wstawić wszystkie postu od 1 rozdziału czy dodawać już kolejne? Kocham Was.
J.