Serce mocniej mi zabiło.
– Twój tata..- zaczęła mama. Od razu wyobrażałam sobie najgorsze. Nagle w progu stanął ojciec. Cały i zdrowy. Nerwy trochę odpuściły, nic mu się nie stało.
– Majka, córeczko, razem z mamą postanowiliśmy, że się wyprowadzę.- przejął temat tata. – Po prostu się nie kochamy – tłumaczył mi jak pięciolatkowi. Starałam się ogarniać emocje, ale w końcu nie wytrzymałam.
– nie jestem dzieckiem, nie musisz mi wciskać bajek! Lepiej od razu powiedz, że przeleciałeś sekretarkę i po kłopocie!- Wybuchłam. Oboje patrzyli na mnie, jak na kosmitę. Wiedzieli, że mam cięty język, ale takim słownictwem jeszcze nigdy się przed nimi nie pochwaliłam. Opuściłam głowę czekając na karę. Jednak nic nie powiedzieli.
– To nie tak, myszko. To nie ojciec, tylko ja..- szepnęła mama popłakując. Tego było za wiele. Za dużo, jak na jeden dzień. Wstałam i pokierowałam się na górę, do swojego pokoju, całując w progu tatę w policzek. Spojrzałam jeszcze raz na tą okropną kobietę. Ukryła twarz w dłoniach i głośno płakała. Najpierw się puszcza, a później oczekuje ode mnie pocieszenia. To przykre. Opadłam bezsilnie na łóżko. Chwilę później wskoczył mi na brzuch Shavo cicho mrucząc. Pogłaskałam go po łebku i pozwoliłam łzom popłynąć po policzkach. Usłyszałam dźwięk odpalanego silnika. Tata odjechał.
– Nie mogę tu zostać. Nie z tą kobietą. – szepnęłam sama do siebie. Szybko obmyśliłam plan. Wyciągnęłam z szafy torbę i spakowałam większość ciuchów.
– Shavo. Co z nim zrobić? Nie zostawię go tutaj. – głowiłam się. Przypomniałam sobie, że mam starą klatkę dla kota. Poszłam po nią na zimny i ciemny strych. Była schowana w kartonie i starannie opatulona kocem, więc niedługo męczyłam się nad czyszczeniem jej. Wyłożyłam ją w środku ciepłym, miękkim kocykiem, by mój pupil nie zmarzł. Zamknęłam walizkę, położyłam Shavo w klatce i zeszłam na dół. Siedziała w salonie, piła kawę i czytała jakąś książkę. Stanęłam w drzwiach, a ona łaskawie raczyła zwrócić na mnie uwagę. Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
– Wyprowadzam się – powiedziałam. Matka od razu zaczęłam ryczeć. Nie ruszyło mnie to.
– Majeczko, proszę cię, zostań! – szlochała.
– Ja już postanowiłam. Jadę do dziadków. Do rodziców taty. Raczej nie odważysz się tam przyjechać. Proszę nie dzwoń. Może kiedyś ci wybaczę. Cześć. – powiedziałam i po prostu wyszłam zostawiając ją samą. Może i byłam okrutna i oziębła. Ale to jej wina. Wolnym krokiem ruszyłam na przystanek autobusowy. Sypał śnieg, ale na szczęście autobus przyjechał szybko. Kupiłam bilet i udałam się na tył autobusu. Na siedzeniu obok ostrożnie położyłam klatkę z przestraszonym kotkiem. Delikatnie pogłaskałam go po łapce. Droga do dziadków to około 40 minut. Mieszają w małej wiosce. Rozplątałam słuchawki i włożyłam je do uszu. Słuchając jednej z piosenek Adele wpatrywałam się w zimowy obraz za oknem. Znów zaczęłam płakać. Szybko otarłam czarne od tuszu łzy. Nie mogę płakać. Przynajmniej nie tutaj. Po kilku piosenkach mojej ulubionej wokalistki byłam na miejscu. Z przystanku do domu dziadków było ok. 10 minut drogi, które przeszłam szybko, jednak zmarzłam cholernie. Nacisnęłam dzwonek do drzwi. Po krótkim oczekiwaniu otworzył mi dziadek Antek wydając z siebie tylko ‘Majka?! Co ty tu?’. Przestraszył się jeszcze bardziej, gdy zauważył moją wielką torbę. Wykrzywiłam usta w uśmiechu. Przez ramię zajrzała mu babcia Maria, wydają z siebie radosny okrzyk zdziwienia.
– Twój tata..- zaczęła mama. Od razu wyobrażałam sobie najgorsze. Nagle w progu stanął ojciec. Cały i zdrowy. Nerwy trochę odpuściły, nic mu się nie stało.
– Majka, córeczko, razem z mamą postanowiliśmy, że się wyprowadzę.- przejął temat tata. – Po prostu się nie kochamy – tłumaczył mi jak pięciolatkowi. Starałam się ogarniać emocje, ale w końcu nie wytrzymałam.
– nie jestem dzieckiem, nie musisz mi wciskać bajek! Lepiej od razu powiedz, że przeleciałeś sekretarkę i po kłopocie!- Wybuchłam. Oboje patrzyli na mnie, jak na kosmitę. Wiedzieli, że mam cięty język, ale takim słownictwem jeszcze nigdy się przed nimi nie pochwaliłam. Opuściłam głowę czekając na karę. Jednak nic nie powiedzieli.
– To nie tak, myszko. To nie ojciec, tylko ja..- szepnęła mama popłakując. Tego było za wiele. Za dużo, jak na jeden dzień. Wstałam i pokierowałam się na górę, do swojego pokoju, całując w progu tatę w policzek. Spojrzałam jeszcze raz na tą okropną kobietę. Ukryła twarz w dłoniach i głośno płakała. Najpierw się puszcza, a później oczekuje ode mnie pocieszenia. To przykre. Opadłam bezsilnie na łóżko. Chwilę później wskoczył mi na brzuch Shavo cicho mrucząc. Pogłaskałam go po łebku i pozwoliłam łzom popłynąć po policzkach. Usłyszałam dźwięk odpalanego silnika. Tata odjechał.
– Nie mogę tu zostać. Nie z tą kobietą. – szepnęłam sama do siebie. Szybko obmyśliłam plan. Wyciągnęłam z szafy torbę i spakowałam większość ciuchów.
– Shavo. Co z nim zrobić? Nie zostawię go tutaj. – głowiłam się. Przypomniałam sobie, że mam starą klatkę dla kota. Poszłam po nią na zimny i ciemny strych. Była schowana w kartonie i starannie opatulona kocem, więc niedługo męczyłam się nad czyszczeniem jej. Wyłożyłam ją w środku ciepłym, miękkim kocykiem, by mój pupil nie zmarzł. Zamknęłam walizkę, położyłam Shavo w klatce i zeszłam na dół. Siedziała w salonie, piła kawę i czytała jakąś książkę. Stanęłam w drzwiach, a ona łaskawie raczyła zwrócić na mnie uwagę. Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
– Wyprowadzam się – powiedziałam. Matka od razu zaczęłam ryczeć. Nie ruszyło mnie to.
– Majeczko, proszę cię, zostań! – szlochała.
– Ja już postanowiłam. Jadę do dziadków. Do rodziców taty. Raczej nie odważysz się tam przyjechać. Proszę nie dzwoń. Może kiedyś ci wybaczę. Cześć. – powiedziałam i po prostu wyszłam zostawiając ją samą. Może i byłam okrutna i oziębła. Ale to jej wina. Wolnym krokiem ruszyłam na przystanek autobusowy. Sypał śnieg, ale na szczęście autobus przyjechał szybko. Kupiłam bilet i udałam się na tył autobusu. Na siedzeniu obok ostrożnie położyłam klatkę z przestraszonym kotkiem. Delikatnie pogłaskałam go po łapce. Droga do dziadków to około 40 minut. Mieszają w małej wiosce. Rozplątałam słuchawki i włożyłam je do uszu. Słuchając jednej z piosenek Adele wpatrywałam się w zimowy obraz za oknem. Znów zaczęłam płakać. Szybko otarłam czarne od tuszu łzy. Nie mogę płakać. Przynajmniej nie tutaj. Po kilku piosenkach mojej ulubionej wokalistki byłam na miejscu. Z przystanku do domu dziadków było ok. 10 minut drogi, które przeszłam szybko, jednak zmarzłam cholernie. Nacisnęłam dzwonek do drzwi. Po krótkim oczekiwaniu otworzył mi dziadek Antek wydając z siebie tylko ‘Majka?! Co ty tu?’. Przestraszył się jeszcze bardziej, gdy zauważył moją wielką torbę. Wykrzywiłam usta w uśmiechu. Przez ramię zajrzała mu babcia Maria, wydają z siebie radosny okrzyk zdziwienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz